poniedziałek, 11 maja 2015

Cz.4



Pomimo to jej niechęć wobec młodego chłopaka słabła, imponowała jej jego inteligencja. Kolejną lekcją w planie był taniec. Zwykle nikt nie wybierał cichej i na pozór wyniosłej dziewczyny, dlatego tym większe było jej zdumienie (i nie tylko jej), gdy przed nią stanął Antares.
- Mógłbym prosić Panią do tańca?
- Co ty robisz?! Aż tak Ci się  znudziło piękno innych kobiet?
- Tak damy nie odpowiadają- jego postać na chwilę spoważniała.
Tak jak zwykle, gdy Karolina była zmuszona do tańca z partnerem wyłączała umysł. Nie chciała wkładać uczuć w kroki, bo, tak jak kilka lat wcześniej, zgubiłoby to ją.
- Dobrze tańczysz- faktycznie, mimo znacznej różnicy wzrostu tańczyło im się doskonale- przez Ciebie robię się głodny.
- Przestań mleć tym ozorem i się skup- chwile po tańcu odtworzyła swoje słowa w głowie i natychmiast ich pożałowała, nie chciała być, aż taka ostra.
Wracając do domu rozważała przeproszenie chłopaka. W sumie cały czas był miły, pomimo jej nieprzyjemnej postawy.
To była tylko chwila, kończyła przechodzenie przez ulicę. Świst opon wyrwał ją z zamyślenia, w tym samym momencie poczuła, że ktoś spycha ją na chodnik. Otworzyła oczy, leżał na niej Antares. Zauważyła auto, dosłownie trzy centymetry od nich i coś jasno czerwonego na spodniach kolegi. Duża poszarpana rana.
-Ant?Antares? Hej, słyszysz mnie?
-Ugh…- na szczęście żył- potrzebuję…energii.
-Co?- nie mogła zrozumieć jego słów.
- Energii- w tym momencie chłopak wpił jej się w usta. To nie był delikatny pocałunek, był zachłanny i łapczywy. Jego język wręcz szalał. Dziewczyna z pewnością by go odepchnęła, gdyby nie fakt, że dostrzegła coś dziwnego dziejącego się z raną Antaresa. Na jej oczach rana zasklepiła się.
- Uff… Dzięki, już od miesiąca nic nie jadłem.
- Dzieciaki, nic wam nie jest?
- Nic, przepraszam, za swoją dziewczynę, ostatnio chodzi z głową w chmurach.
„Co się do cholery dzieje?”- Karolina nie była w stanie wykrzesać choćby słowa. Dopiero gdy niebieskooki pomógł jej wstać i odeszli kawałek dalej odzyskała głos.
- Co to miało znaczyć?! Że niby ja twoje dziewczyna?!! To był mój pierwszy pocałunek!
-Dlatego taki dobry…- mruknął pod nosem- idziemy do mnie- wziął ją za rękę, ale wyrwała się.
-Nigdzie z tobą nie idę!
- Po pierwsze: przed chwilą uratowałem Ci życie. Po drugie: nie będę łaził w zakrwawionych ubraniach. Po trzecie: twoje rany trzeba opatrzyć- wskazał na jej ręce. Faktycznie, z łokci skapywała mała strużka krwi, a na prawej łopatce czuła szczypanie.
- Dobra, idę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz